Finał LM: Barcelona - Juventus
Finał LM: Barcelona - Juventus fot. Grzegorz Wajda

Kiedy narzekasz na rok 2020 w swoim wydaniu, pomyśl o Barcelonie

Powiedzieć, że 2020 rok nikogo nie rozpieszcza, to jak powiedzieć, że Bugatti Chiron Super Sport jest dość szybkie. Z klubami piłkarskimi jest jednak tak, jak z naszymi znajomymi; jedni przeszli przez ten rok niemal suchą stopą, a drudzy ledwo wiążą koniec z końcem i liczą, że A.D. 2021 okaże się łaskawszy. W tej drugiej grupie z pewnością znajduje się FC Barcelona, choć z jej perspektywy trudno mieć nadzieję, że zmiana cyfry w kalendarzu będzie w stanie realnie zmienić sytuację na lepszą.

Czytaj dalej…

Impulsywne decyzje

Analizowanie kończącego się roku w wykonaniu Barcelony to jak opisywanie upadku cesarstwa. Wiele na wspomniany upadek wskazywało, ale gdy doń doszło i tak wszyscy byli zszokowani.

W styczniu Duma Katalonii znajdowała się na szczycie tabeli LaLiga, ale wyraźnie widać było, że drużyna nie funkcjonuje dobrze. Jej wysoka pozycja była uwarunkowana wyłącznie równie słabymi występami głównych rywali. Czarę goryczy przelała porażka w półfinale Superpucharu Hiszpanii przeciwko Atletico (2:3). Paradoksalnie, był to jeden z lepszych występów Barcelony w sezonie, ale choć prezydent Bartomeu podkreślał, że Ernesto Valverde ma jego pełne poparcie, postanowił go zwolnić i zatrudnić Quique Setiena. Trenera wyznającego podobne ideały, co Josep Guardiola czy Johan Cruyff, tyle że, jak się okazało – całkowicie pozbawionego charyzmy i charakteru pozwalającego zarządzać wypełnioną ego szatnią. W tym momencie warto dodać, że poprzednio Duma Katalonii zwolniła szkoleniowca w trakcie kampanii 17 lat wcześniej. Wówczas Louisa van Gaala zmienił Antonio de la Cruz, a następnie Radomir Antić. Trudno się jednak temu dziwić – wówczas Barcelona zajmowała 12. lokatę w tabeli. Teraz zwolniono Valverde, choć ten poprowadził Dumę Katalonii do dwóch mistrzostw i zostawił ją na pozycji lidera LaLiga.

Kiedy pandemia mówi “sprawdzam!”

Minęły niespełna dwa miesiące od zatrudnienia Setiena, gdy okazało się, że poza uwielbieniem posiadania piłki, Hiszpan nie ma wielu pomysłów na poprawienie gry drużyny. Barcelona grywała lepiej (z rzadka) lub gorzej (znacznie częściej), odpadła z Pucharu Króla z Athletikiem Bilbao, a także straciła fotel lidera. Przed wybuchem pandemii zaliczyła kilka wpadek, ale najbardziej bolesna była całkowicie zasłużona klęska w Klasyku (0:2), najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Jeszcze w lutym wybuchła afera, nazwana później “Barcagate”, która dotyczyła wynajmowania przez klub internetowych trolli mających atakować – w założeniu anonimowo – konkurentów prezydenta Bartomeu, ale też… byłe i obecne gwiazdy drużyny! Bartomeu zwołał spotkanie z drużyną, a tacy zawodnicy jak Leo Messi czy Gerard Pique przyznawali później, że uwierzyli mu, że nie był za to odpowiedzialny. A jednak, osoba, na którą spadła odpowiedzialność, Jaume Masferrer, pozostała na swoim stanowisku. Tego już Pique, jak powiedział w październikowym wywiadzie, wybaczyć nie potrafi.

Przyszedł marzec, a z nim zamknięcie stadionów. I wtedy, po dwóch upokorzeniach – w Rzymie i Liverpoolu – w Lidze Mistrzów z rzędu, niesatysfakcjonujących wynikach i zamieszaniu instytucjonalnym, wyszło na jaw najgorsze. Barcelona jest w ogromnym stopniu uzależniona od turystyki. Gdy turystykę zablokował rozwój pandemii, klub przestał generować przychody. Bartomeu został zmuszony do renegocjowania umów z piłkarzami. A że ci piłkarze dostają największe pensje w Europie – na szybko przytaczam kilka liczb brutto: Messi zarabia 70 milionów euro rocznie, Griezmann niespełna 46, a zawodnicy jak Ousmane Dembele czy Samuel Umtiti po 12 – negocjacje nie były łatwe. Rzecz jasna, Bartomeu, jak to ma w zwyczaju, postanowił wykorzystać dojścia medialne i próbował zrzucić winę za brak postępu w mediacjach na piłkarzy. Na to po raz kolejny odpowiedział publicznie Messi, zaznaczając, że zawodnicy z marszu zgodzili się na czasowe obcięcie wynagrodzeń. Karuzela dopiero się rozkręcała. By nie zaburzać chronologii, obiecuję, że do zadłużenia klubu wrócę pod koniec tekstu. Teraz jednak czas przypomnieć sobie jeden z najbardziej haniebnych wieczorów w 121-letniej historii FC Barcelony.

Brutalna weryfikacja piłkarskiej niedołężności

Całe piłkarskie “osiągnięcia” Dumy Katalonii po wznowieniu rozgrywek można zamknąć w jednym spotkaniu. Rzecz jasna, Barcelona w żenujący sposób przegrała walkę o mistrzostwo z Realem Madryt, ale to, co zapamiętają potomni, to pojedynek, a raczej walkę katalońskiego Dawida z bawarskim Goliatem. Życie dalekie jest jednak od mitów; Dawid w starciu z gigantem szans nie miał żadnych. Został brutalnie wdeptany w ziemię, wysmarowany błotem (albo czymś gorszym), zjedzony i strawiony. Wynik 8:2 w ćwierćfinale Ligi Mistrzów był najniższym wymiarem kary, bo Bayern Monachium mógł wtedy spokojnie dobić do “dwucyfrówki”. Nagle kibicom na całym świecie otworzyły się oczy. Nie chodzi o pecha, kiepskiego trenera, czy pojedynczą słabą formę piłkarzy – Barcelona przestała nadążać za europejskim futbolem. Za futbolem opartym na etosie pracy, gdzie w zwycięskich zespołach drugą linię tworzą silnie zbudowane roboty, harujące przez 90 minut, a nie artyści pokroju Xaviego i Iniesty. Za futbolem, gdzie pressing nie jest opcją, ale jest bezwzględnie wymagany, jeśli marzy się o jakimkolwiek trofeum. Za futbolem, gdzie niezbędna jest długa, wyrównana kadra, w której każdy znajduje się w świetnej formie fizycznej, by móc dominować do ostatniego gwizdka.

Po meczu pojawiły się łzy, Pique zaoferował, że może odejść, jeśli przez to klub będzie w stanie przeprowadzić rewolucję. Jak się okazało, od słów do czynów daleka droga.

(R)ewolucja

I żadna w tym wina katalońskiego obrońcy. Po prostu, w letnim oknie transferowym okazało się, że Barcelona nie ma pieniędzy na żadne rewolucje. Już wcześniej zatwierdzono sprowadzenie dwóch prospektów, Fransisco Trincao i Pedriego, poza nimi na Camp Nou trafił Miralem Pjanić, a za niego do Turynu wybrał się Arthur Melo. Dla obu stron było jednak jasne, że do wymiany by nie doszło, gdyby Duma Katalonii nie musiała panicznie walczyć o domknięcie okresu rozliczeniowego, co nie udałoby się, gdyby nie fikcyjne 70 milionów euro, jakie teoretycznie Juventus zapłacił za brazylijskiego pomocnika. W praktyce Pjanić “kosztował” 60 milionów, więc Stara Dama zapłaciła za Arthura 10 milionów. Reszta “rewolucji” jest powszechnie znana, oddanie niemal za darmo Ivana Rakiticia, Arturo Vidala i Luisa Suareza. I nie sprowadzenie nikogo w zamian.

A wszystko to odbywało się w tzw. międzyczasie, bo uwaga dziennikarzy i kibiców skupiona była na Leo Messim, który złożył prośbę o transfer. Świat piłki nożnej był zszokowany, a Argentyńczyk wydawał się przekonany do odejścia. Ostatecznie Bartomeu na siłę pozostawił go w drużynie, za co kapitan Dumy Katalonii obwinił go w wywiadzie, zaznaczając, że prezydent złamał ustne porozumienie, wedle którego Messi miał prawo odejść po sezonie za darmo. Zapowiedział jednak, że pozostając na Camp Nou włoży całą energię w nadchodzący sezon.

Równia pochyła

A jednak, do nadchodzącego sezonu mogli kibice Barcelony podchodzić z umiarkowanym optymizmem. Nikt, co prawda, nie spodziewał się triumfu w Lidze Mistrzów, ale nowy trener, Ronald Koeman, wydawał się idealnym kandydatem do postawienia szatni do pionu, zachowując przy tym elastyczność taktyczną, niezbędną do triumfów w piłce nożnej 2020 roku. Barca nieźle weszła w sezon, punktując wysoko Villarreal (4:0), a następnie odniosła pierwsze wyjazdowe zwycięstwo nad Celtą Vigo (3:0) od pięciu lat! Następne kolejki pokazały jednak wszelkie niedołężności Barcelony: brak klasycznego napastnika, rezerwowych obrońców czy uzależnienie od Leo Messiego, który wyraźnie jest pod formą.

Z 11 punktami na 24 możliwymi do zdobycia, Duma Katalonii notuje najgorszy start od ćwierć wieku, od sześciu ligowych spotkań nie zachowała czystego konta i dała się po raz pierwszy pokonać Diego Simeone prowadzącemu Atletico w ramach LaLiga. Ponadto w starciu z madrytczykami długotrwałych kontuzji doznali Gerard Pique (od 3 do 9 miesięcy absencji) i Sergi Roberto (2 miesiące przerwy), którzy dołączyli do niedawno kontuzjowanego Ansu Fatiego. 18-latka czeka czteromiesięczny rozbrat z boiskiem. A zastępców na horyzoncie nie widać. Najgorzej sytuacja prezentuje się na środku obrony, gdzie pod nieobecność Pique gotowy do gry jest jedynie Clement Lenglet. Samuel Umtiti trenuje już z kolegami, ale w tym sezonie nie zagrał jeszcze ani minuty, a Koeman na konferencjach podkreśla, że Francuz nie prezentuje wystarczającej dyspozycji, by wyjść w pierwszym składzie. Czwarty w hierarchii stoper, Ronald Araujo, powróci po urazie 8 grudnia. O transferach trudno marzyć, bo choć spełniło się marzenie kibiców i Josep Bartomeu złożył dymisję, władająca klubem tymczasowa Komisja Zarządzająca nie powinna zajmować się kwestiami dalekosiężnymi, takimi jak sprowadzanie nowych graczy.

Zresztą, nawet gdyby mogła, trudno marzyć o wzmocnieniach, gdy klubowi grozi bankructwo, zależne od tego, czy wspomniana komisja dogada się z piłkarzami odnośnie obcięcia pensji o, bagatela, 190 milionów euro…

Komentarze