La Liga między reprezentacjami, Pucharem Króla i El Clasico

Jesus Navas w walce z Joao Felixem
Jesus Navas w walce z Joao Felixem PressFocus

29. kolejka La Ligi wydaje się być zaledwie pomostem pomiędzy czymś większym. Za nami intensywna przerwa reprezentacyjna, w sobotę czeka nas zaległy finał Pucharu Króla, a na horyzoncie widać już powoli El Clasico. Punkty zdobyte w ten weekend będą mieć jednak taką samą wagę, jak wszystkie inne.

Mocne rozpoczęcie weekendu

Mecze po przerwie reprezentacyjnej nieraz są ospałe – zwłaszcza w Hiszpanii – ale tym razem zapowiada się na mocne wejście w 29. kolejkę. Levante podejmie u siebie bowiem Huescę. Co prawda gospodarze nie są na musie, bo ich los jest już z grubsza przesądzony. Zajmują dziesiątą lokatę, potrafią uprzykrzyć życie gigantom i nie boją się spadku, ale jednocześnie nie mają, co marzyć o europejskich pucharach. Huesca, natomiast, mimo że podniosła swój poziom gry, nadal okupuje ostatnie miejsce w tabeli. Trener Pacheta potrzebuje jednak zaledwie czterech punktów – i potknięć Deportivo Alaves czy Eibaru – by się wydostać ze strefy spadkowej.

Paco Lopez jest w Levante od wielu lat. Drużyna jest nowoczesna i potrafi dominować, jak niemal nikt inny. Zmuszą nas do wysiłku. Będziemy musieli ustawić się bardzo blisko siebie i zmusić ich do opuszczania swoich stref. Zapowiada się ciekawy mecz – powiedział Pacheta.

Paco Lopez, natomiast, mocno narzekał na kalendarz i fakt, że być może nie będzie mógł skorzystać z Enisa Bardhiego, którego Macedonia sensacyjnie pokonała Niemcy w eliminacjach. Chwalił jednak piątkowych rywali.

Pomimo, że Huesca jest ostatnia, nie potrzebują wiele punktów, by się uratować. Nie zasługują na to, by być w strefie spadkowej. Niełatwo zneutralizować ich trójkę w pomocy, są bardzo ruchliwi i żywi. O ich przegranych często decydowały szczegóły. Dla nich każdy mecz, to mecz o utrzymanie w ekstraklasie. Jeśli nie zagramy na swoim normalnym poziomie, będziemy mieli problem – powiedział szkoleniowiec Levante.

Królewscy ponownie bez Cesarza

Real Madryt ma w teorii dość łatwego rywala na przetarcie po skończeniu przerwy reprezentacyjnej. Eibar nie wygrał od początku stycznia, a ponadto najlepszy gracz trenera Mendilibara, Bryan Gil, brał udział w zgrupowaniu kadry Hiszpanii. Historycznie rzecz ujmując, Baskowie też nie mają większych szans. Wyłączając ich szokujące zwycięstwo z listopada 2018 roku (3:0), Eibar zdołał tylko raz zremisować z Królewskimi od 2004 roku.

Los Blancos mają jednak swoje problemy. W przededniu Ligi Mistrzów kolejnej kontuzji nabawił się Sergio Ramos. Diagnoza mówi o miesiącu przerwy kapitana, przez co opuści on nie tylko starcie z Eibarem, ale też dwumecz z Liverpoolem i El Clasico. Biorąc też pod uwagę, że przed meczem z The Reds Zinedine Zidane zdecyduje się zapewne na rotacje, a także to, że dla Eibaru każdy punkt jest na wagę złota, Królewscy będą musieli być skupieni od pierwszego gwizdka, by sięgnąć po komplet oczek i wywrzeć presję na Atletico i Barcelonie.

Kolejny wielki test dla “Cholo”

To idealny moment, by Diego Simeone huknął pięścią w stół i pokazał, że jego Atletico nie zamierza przetrwonić przewagi, jaką uzyskało w rundzie jesiennej. Ostatnie tygodnie były jednak dla fanów Rojiblancos jak koszmar. Już po upokarzającym odpadnięciu z Pucharu Króla, ich ulubieńcy potrafili tracić punkty z przeciętniakami (jeden punkt w dwóch meczach z Levante), męczyć się z najsłabszym w stawce Deportivo Alaves, czy wreszcie odpaść zasłużenie z Ligi Mistrzów. Wspomniane wpadki w lidze mogą kosztować sporo, bo dwucyfrowa przewaga nad Barceloną stopniała do zaledwie czterech oczek. A w najbliższej kolejce Los Colchoneros czeka naprawdę nieliche wyzwanie.

Starcia na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan nie są przyjemne dla żadnej przyjezdnej ekipy. Tym bardziej, że Julen Lopetegui – w przeciwieństwie do Diego Simeone – miał w trakcie przerwy na kadry większość zespołu pod swoimi skrzydłami. Wyłączając Yassine Bounou, Nemanję Gudelja, Munira El-Haddadiego i Youssefa En-Nesyriego, reszta zawodników pozostała w Andaluzji, gdzie mogła dojść do siebie i wrócić do najwyższej dyspozycji. W tym samym czasie “Cholo” cieszył się z pozostania w Madrycie Luisa Suareza, jako że eliminacje do mundialu w strefie Ameryki Południowej przełożono.

Trudno przewidzieć przebieg sobotniego starcia, ale to jeden z największych testów Atletico w ostatnim czasie. Pewne zwycięstwo na stadionie Sevilli dałoby wyraźny sygnał rywalom, że lider z Madrytu nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Czy Barcelona nie straciła rytmu?

Jeżeli jakiś zespół mógł szczególnie narzekać na termin przerwy reprezentacyjnej, to była to Barcelona. Podopieczni trenera Koemana prezentowali się przed nią niesamowicie, pozostawiając po sobie dobre wrażenie w Paryżu, awansując w niesamowitych okolicznościach do finału Pucharu Króla, czy wreszcie gromiąc Real Sociedad na baskijskim stadionie.

Blaugrana wysłała większość swoich graczy na wojaże zagraniczne, ale – z tego samego powodu, co Luis Suarez – w Katalonii pozostał Leo Messi. Wiedząc, jak rzadko w ostatnim czasie Argentyńczyk ma okazję do odpoczynku, może to okazać się kluczowe w najbliższych tygodniach. Kapitan Blaugrany prezentuje w obecnym roku niesamowitą formę, a naładowane baterie powinny ten efekt tylko utrzymać. Nawet pomimo tego, że według katalońskich mediów Ronald Koeman ma zdecydować się na rotacje w poniedziałkowym meczu, Blaugrana powinna z łatwością sięgnąć po trzy punkty.

Real Valladolid to bowiem zespół walczący o utrzymanie. Obecnie zajmuje 16. lokatę, ale nie jest to zasługa tak wyrównanego poziomu. Wyniki bezpośrednich rywali wskazują, jakby nie zależało im specjalnie na utrzymaniu. Żadna z drużyn nie potrafiła bowiem wygrać dwóch meczów z rzędu. “Wysoka” lokata zespołu z Valladolid to efekt wywalczonego zwycięstwa nad Getafe trzy kolejki temu. O sile Puceli stanowi postawa Fabiana Orellany i Shona Weissmana, a obaj zawodnicy mają za sobą wycieńczającą przerwę reprezentacyjną związaną z długimi lotami. Jeżeli Barcelona nie pokpi sprawy, powinna podchodzić do nadchodzącego El Clasico w dobrych humorach.

Liga w cieniu pucharu

Ta kolejka jest wyjątkowa także dlatego, że zakończy się dopiero w środę. Wówczas zmierzą się rywale, którzy kilka dni wcześniej zawalczą w najbardziej niecodziennym finale Pucharu Króla. Tak, dla Realu Sociedad i Athleticu, finałowe starcie ubiegłorocznego krajowego pucharu to punkt kulminacyjny sezonu. Jasne, zespół z Bilbao zmierzy się dwa tygodnie później z Barceloną i będzie miał szansę zakwalifikować się przez to do europejskich pucharów, ale śmiem twierdzić, że i tak to nadchodzące derby są dla podopiecznych Marcelino najważniejsze.

Trudno tu przewidzieć jakikolwiek scenariusz, bo i w sobotnim finale zmierzą się zespoły wyrównane. Przez długie miesiące Txuri-urdin nie potrafili zwyciężyć w lidze, ostatnio wrócili na niezłe tory, ale tuż przed przerwą reprezentacyjną musieli przyjąć sześć bramek od Barcelony. Athletic, natomiast, tuż po przyjściu do klubu Marcelino, prezentował się niezwykle. Wywalczył Superpuchar Hiszpanii, awansował do kolejnego finału Pucharu Króla i rywalizował w lidze. Ostatnia gra baskijskiej ekipy woła jednak o pomstę do nieba. Zaledwie jedno zwycięstwo w sześciu ostatnich kolejkach wskazuje na to, że “efekt nowej miotły” zniknął, a teraz Marcelino musi skupić się na grze u podstaw. Miał na to okazję w trakcie przerwy reprezentacyjnej i sobotnie pucharowe starcie pokaże nam, czy trener osiągnął sukces i wydobył z drużyny to, co najlepsze przed kluczowym miesiącem.

W ligowym pojedynku faworytem, w moim mniemaniu, będzie przegrany sobotniego finału. Kto jednak nim będzie? Doprawdy, trudno przewidzieć, choć w ekipie Realu Sociedad wiele zależy od obecności walczącego z lekkim urazem Mikela Merino, a także Davida Silvy, który powrócił ponoć do pełnej dyspozycji. Jeżeli obaj panowie zaprezentują się z najlepszej strony, słowa Raula Garcii o tym, że “plan na sobotnie derby z pewnością wypali”, mogą okazać się źródłem memów o tytule: wypowiedzi, które kiepsko się zestarzały.

Komentarze