Najważniejsi żołnierze generała Simeone

Jan Oblak
Jan Oblak PressFocus

Atletico sięgnęło po pierwsze mistrzostwo od siedmiu lat. Ten tytuł, wbrew pozorom, nie ma wyłącznie twarzy Luisa Suareza czy samego “Cholo”. Ten puchar wygrała drużyna, prowadzona przez licznych dowódców.

  • Atletico miało w tym sezonie swoje wahania, ale przy tych okazjach swoje piętno odciskali kolejni piłkarze
  • Tytułu nie byłoby bez bramek Luisa Suareza, ale Rojiblancos mieli w tym sezonie to, czego brakowało rywalom: zbalansowaną drużynę

Po pierwsze – nie stracić gola

Choć Atletico zdecydowanie ewoluowało w tym sezonie, nieraz grając w ustawieniach innych, niż typowe dla “Cholo” 4-4-2, podstawy się nie zmieniły. Rojiblancos skończyli rozgrywki jako najlepsza defensywa ligi. Aż jedenaście spotkań wygrali przewagą jednej bramki. Ekipie Simeone zarzucano, że nie jest już tak “nieprzepuszczalna”, jak za czasów Diego Godina czy Juana Mirandy, ale taki już znak czasów. Trener musiał ewoluować, przesuwając nieco wajchę na ofensywę. I widać to również wśród bohaterów w defensywie.

Jan Oblak był niewątpliwie najlepszym bramkarzem La Ligi, a upierałbym się też, że i Europy. Najwięcej obronionych okazji, które powinny zakończyć się golem, solidna gra nogami, co najwyżej kilka delikatnych wpadek na przestrzeni sezonu. A do tego dwa obronione rzuty karne – przeciw Sevilli i Deportivo Alaves – w tym druga z parad na wagę trzech punktów. Bramkarz od wielkich meczów, a także bramkarz bez układu nerwowego.

Dwoma piłkarzami, pokazującymi najlepiej transformację Atletico, są zaś Kieran Trippier i Mario Hermoso. Żaden z nich nie miałby prawa dołączyć do Rojiblancos jeszcze siedem lat temu, gdy o mistrzostwie decydowali Juanfran czy Diego Godin. “Cholo” zrozumiał jednak, że obrońca nie może skupiać się już tylko na obronie. Kieran Trippier – mimo dwumiesięcznej absencji – był najlepszym prawym defensorem sezonu w Hiszpanii. Fenomenalne wrzutki – również ze stałych fragmentów gry – i niezwykła chemia z Marcosem Llorente, a przy tym solidna gra w defensywie.

Mario Hermoso, zaś, to postać, której brakuje mi w reprezentacji Hiszpanii na nadchodzącym Euro 2021. Świetny, lewonożny stoper, bez którego nie byłoby szans na to, by Atletico nauczyło się rozgrywać akcje od tyłu. W teorii to obrońca bardziej skrojony pod Barcelonę, niż Los Colchoneros (choć przeszłość w Espanyolu zobowiązuje), ale trener zrobił z niego świetny użytek. Silny fizycznie, a przy tym swobodnie czujący się z piłką przy nodze Hermoso to ktoś, kto dał Atletico wielowymiarowość.

Tego nie można powiedzieć o ostatnim obrońcy-bohaterze. Stefan Savić miał inne zadania. Uzupełniał blok defensywny, jako stoper pochodzący ze starej szkoły. Świetny w pojedynkach, silny, pewny siebie i regularny. Nie przypominam sobie żadnej wpadki Czarnogórca, który jeszcze rok temu przesiadywał głównie na ławce rezerwowych. Felipe w tym sezonie nie miał jednak szans z graczem, który przoduje we wszelkich ligowych statystykach defensywnych.

Solidność czy przebojowość? To i to!

Atletico zanotowało też sporą zmianę w profilowaniu drugiej linii. Wcześniej o jej sile stanowili gracze pokroju Gabiego czy Tiago. Teraz reżyserem, przedłużeniem trenera, jest bez wątpienia Koke. Kapitan Rojiblancos robił to, za co jeszcze kilka lat temu odpowiadał Xavi w Barcelonie. Dyrygował grą, dyktował tempo, a przy tym potrafił zarówno świetnie odebrać, co zagrać podanie progresywne. 29-latek nie był w tym sezonie ani efektowny, ani nad wyraz skuteczny (jeden gol, dwie asysty). Ale bez niego sypało się wszystko. Postać nie do przecenienia – zarówno dla kolegów, jak i trenera.

Nie byłoby tego triumfu również bez jednego z kandydatów do miana zawodnika sezonu. Historia Marcosa Llorente to kandydat na film. Odrzucony z Realu Madryt jako zbyt ograniczony, trafia do rywala zza miedzy i jednym meczem odmienia swoją przyszłość. Fantastyczne starcie z Liverpoolem zmieniło całą jego karierę. Zamiast defensywnym pomocnikiem, Hiszpan zdecydował się zostać… wszystkim po trochu. Gra na wahadle, w środku pola, na skrzydle czy ataku – bez różnicy. Fenomen fizyczny, który po rozegraniu finału Ligi Mistrzów przebiegłby jeszcze półmaraton. Do tego kliniczny strzelec, autor dwunastu bramek i jedenastu asyst w całej lidze. Nazwanie go zadaniowcem byłoby krzywdzące. Llorente odciska piętno niezależnie od tego, gdzie znajduje się na boisku, daje kolegom pewność, a przy tym gwarantuje liczby. Skarb.

Ostatnim “pomocnikiem” jest piłkarz zmartwychwstały. Skąd ten cudzysłów, zapytacie? Bo naprawdę nie wiem, gdzie najlepiej umieścić Yannicka Carrasco. Najczęściej grał na lewym wahadle, ale widać go było zwłaszcza pod wrogą bramką – co nie oznacza, że stronił od defensywy. Wydawało się, że na tak krnąbrnym zawodniku po transferze do Chin należy już postawić krzyżyk. Tymczasem Belg wyznał, że w Azji poczuł, czym jest odpowiedzialność bycia gwiazdą drużyny. Dojrzał, dorósł i postanowił jeszcze raz sprawdzić się na Starym Kontynencie. Diego Simeone nie żywił urazy i dał podopiecznemu jeszcze jedną szansę. I chyba nawet on musiał się zdziwić.

To, co w zakończonych rozgrywkach zaprezentował Carrasco, przeszło najśmielsze oczekiwania. Harujący na całej długości boiska, efektywny w walkach jeden na jednego, a przy tym niezwykle zdyscyplinowany. Mało? Do tego Belg dołożył sześć goli i dziesięć ostatnich podań. I to nie byle jakich! Zdobył jedyną – a przy tym efektowną – bramkę w pierwszym starciu z Barceloną, a asystował choćby w dwóch ostatnich kolejkach, gdy zespołowi zwyczajnie nie szło. Wyjechał chłopiec, a wrócił mężczyzna. Bez niego operacja “Mistrzostwo” również nie miałaby prawa bytu.

“Strefa Suareza”

Na dwie kolejki przed końcem Diego Simeone ostrzegł rywali. “Uwaga, wchodzimy w strefę Suareza”.  I miał rację. Urugwajczyk zwykle strzelał gole w ważnych meczach, a także w końcówce sezonu. Między marcem, a majem snajper cierpiał na posuchę bramkową, ale we właściwym momencie stanął na wysokości zadania. Dwa gole na wagę mistrzostwa były niejako ukoronowaniem fenomenalnego sezonu. Suarez z rzadka brał udział w grze defensywnej. Równie rzadko udawało mu się wygrać pojedynek biegowy z rywalem. Ale pod bramką przeciwnika był zabójczy. I to znacznie bardziej niż w ostatnich latach w Barcelonie. 21 bramek dających 21 punktów – szalony rezultat. A pamiętajmy przy tym, że popularny “Uruguayo” opuścił łącznie ponad miesiąc z powodu kontuzji i koronawirusa. Powtórzę to z uporem maniaka: nie wiem, czy Barcelona z Suarezem wygrałaby mistrzostwo. Ale jestem przekonany, że nie udałoby się to Atletico.

Zobacz również: Plejada gwiazd. Wybraliśmy jedenastkę zakończonego sezonu!

Komentarze