LaLiga. Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji…

Sergio Ramos
Sergio Ramos PressFocus

…i nie tylko jej. Sezon 2020/2021 obfituje w niespodzianki i nieoczywiste sytuacje. W związku z tym, po 15. serii gier, zamiast kolejnego podsumowania kolejki, warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć, co ciekawego wydarzyło się w hiszpańskiej ekstraklasie w ciągu ostatnich miesięcy. No, bo kto spodziewał się…

…że to Atletico będzie najsolidniejsze?

Być może wielu z czytelników, ale nie ja. Na poprzedni sezon Los Colchoneros patrzyłem nieco przez palce, wiedząc, że Diego Simeone musiał niemal od zera zbudować defensywę po odejściach Felipe Luisa, Diego Godina, Lucasa Hernandeza i Juanfrana. Ta sztuka mu się udała, ale Atletico nie wyróżniało się niczym nowym. Solidna obrona, niejednokrotne męczarnie w ataku, długie serie remisów. Przełamanie przyniósł jedyny mecz rozegrany przez Rojiblancos na turnieju finałowym Ligi Mistrzów. Odpadli, co prawda, z Lipskiem, ale w drugiej połowie pokazywali to, co stało się ich znakiem rozpoznawczym kilka miesięcy później. Dziś możemy powiedzieć wprost: Atletico jest głównym faworytem do wygrania ligi. Są najsolidniejsi w defensywie, brylują w ataku, a Diego Simeone znów objawił światu swój geniusz, odtwarzając piłkarzy, których wielu spisało już na straty. Mowa tu, m.in, o Koke, dzięki postawie którego nikt w Madrycie nie pamięta już o Thomasie. Hiszpan wygląda, jak za swoich najlepszych lat, gdy upatrywano w nim następcy Xaviego. Jeszcze większe brawa dla “Cholo” za znalezienie miejsca na boisku i formy Thomasa Lemara, w co nie wierzyli już chyba nawet płaskoziemcy. Francuz wraz z Yannickiem Carrasco – też zresztą odrestaurowanym po powrocie z Chin – tworzy podstawowy duet skrzydłowych, który potrafi zachwycić i do tego “dowozi” liczby. Dodajmy do tego wypchniętych, odpowiednio z Realu Madryt i Barcelony, Marcosa Llorente i Luisa Suareza, a także pracującego na swoją metkę z ceną Joao Feliksa. Posypuję głowę popiołem, bo spodziewałem się łatwej obrony mistrzowskiego pasa przez Real. No, ale kto spodziewał się…

…że Real Madryt będzie przypominał Daniego Alvesa?

Już tłumaczę. Choć legenda Daniego Alvesa jako najlepszego prawego obrońcy w dziejach jest wciąż żywa – i ja się z nią w pełni zgadzam – to jego ostatnie lata w barwach Barcelony irytowały nawet najwierniejszych fanów. Brazylijczyk w niemal każdym spotkaniu z przeciętnym rywalem wyglądał na nieskupionego, jakby zwycięstwo miało przyjść samo. Dostał piłkę? Okej, czas na dośrodkowanie. Fakt, że być może 10% tych wrzutek docierało do celu, a także to, że tym celem byli mierzący po, około 1,70 metra, Neymar i Messi, to inna sprawa. Dani natomiast zmieniał się o 180 stopni, gdy przychodził mecz prestiżowy. Nagle okazywało się, że to wciąż topowy gracz na swej pozycji, czyszczący w obronie i serwujący przeszywające podania z przodu. Pokazał to w sezonie 2014/15, zakończonym zdobyciem przez Barcelonę Ligi Mistrzów. W tymże turnieju Alves zaliczył cztery asysty – trzy z nich przeciwko Bayernowi i Paris-Saint Germain. I tak obecnie wygląda Real Zidane’a. Dopóki Królewscy nie mieli noża na gardle, potrafili przegrać wysoko z Valencią, ulec beniaminkowi z Kadyksu lub przeciętniakom z Alaves. Ale, gdy w mediach gruchnęła informacja, że mają zwolnić Zidane’a, jeśli ten nie wygra w derbach lub nie zdoła awansować do fazy pucharowej Ligi Mistrzów, piłkarze zaczęli przypominać samych siebie. Po przedświątecznym zwycięstwie nad Granadą, seria zwycięstw we wszystkich rozgrywkach wynosi już sześć meczów. W tym – nad Sevillą, Atletico, Athletikiem Bilbao i Borussią Moenchengladbach, które to dało Realowi awans w europejskich pucharach. I choć nie w każdym z tych spotkań zachwycali – bo z Sevillą, Athletikiem, Eibarem i Granadą do końca drżeli o wynik – to pokazali, że, gdy się ich zmusi, to wciąż potrafią. Na przerwę świąteczną podopieczni Zidane’a udali się, zrównując się punktami z Atletico. A przecież jeszcze kilka tygodni temu LaLiga miała całkiem innego lidera. Kto zresztą spodziewałby się…

…że to Real Sociedad będzie najlepszym underdogiem ligi?

Txuri-Urdin, dowodzeni przez Martina Odegaarda, byli objawieniem zeszłej kampanii. No, do pewnego momentu. Po powrocie do gry po przerwie spowodowanej pandemią, wyglądali, jakby ktoś zabrał ekipie Alguacila supermoce. Prezentowali się koszmarnie pod kątem fizycznym, dziurawo w obronie i bezpłodnie w ataku. A, że latem Odegaard wrócił z wypożyczenia do Madrytu, progresu się nie spodziewałem. Wiedziałem, że to będzie szalony sezon, myślałem, że spore szanse na zrobienie czegoś ponad stan ma zachwycająca w Europie Sevilla albo niebywale wzmocniony Villarreal. Do Żółtej Łodzi Podwodnej większych pretensji mieć nie można, Andaluzyjczycy nie potrafią zaś ustabilizować formy. A Real Sociedad? Postanowił wykorzystać fakt, że zaczął sezon wcześniej niż Atletico, Sevilla czy Barcelona i w pierwszych dziesięciu kolejkach zanotował aż 7 zwycięstw, zremisował z Realem Madryt i przegrał tylko raz, z Valencią. Baskowie zaczęli snuć historię romantyczniejszą niż Leicester z 2015/16. Gdyby bowiem Real Sociedad utrzymał się na fotelu lidera, mistrzostwo zdobyłby dość skromny jednak klub, w którego kadrze ponad połowę graczy stanowią wychowankowie. U Alguacila błyszczą wszyscy. Mikel Merino zabezpiecza drugą linię i zapewnił sobie miejsce w reprezentacji Hiszpanii. Gdy był zdrowy, świetnie wyglądał duet skrzydłowych Portu-Januzaj, a dodatkowo Mikel Oyarzabal zdobywał gola za golem i stał się pełnoprawnym kandydatem do wyjściowej jedenastki La Furia Roja na nadchodzące Euro. David Silva zasłużył na osobne zdanie, bo odrzucenie przez niego oferty Lazio, to najlepsze, co mogło spotkać LaLiga. Hiszpan jest magikiem w pełnym tego słowa znaczeniu, widać to było zwłaszcza, gdy go zabrakło. Sześć meczów bez Silvy – cztery remisy i dwie porażki. Były gracz Manchesteru City stawia stempel na każdej akcji zespołu i nawet w tak zaawansowanym wieku jest bezsprzecznie jednym z najlepszych pomocników ligi. Niestety, łączenie gry na dwóch frontach i plaga kontuzji sprawiła, że po trzech porażkach z rzędu Baskowie odłączyli się już chyba od walki o mistrzostwo. Ale nadal pozostają jedną z najładniej grających drużyn w Europie, czego nie można powiedzieć o Betisie. Kto jednak przypuszczałby…

…że Manuel Pellegrini nie odmieni Realu Betis?

Ani ja, ani gro ekspertów. Betis od lat aspiruje do powrotu do ligowej czołówki. Mają ku temu podstawy “kibicowskie”, bo zespół z Sewilli ma jedną z największych baz fanów w kraju. Mają też ku temu podstawy finansowe, ale na pewno nie boiskowe. Pellegrini, którego etapy w Villarrealu, Realu Madryt czy Maladze, z pewnością trzeba uznać za udane, wracał do Hiszpanii w glorii zdobywcy pucharu Premier League z Manchesterem City, nieco przykurzonej przygodą w West Hamie. A, że w Betisie na każdej pozycji było sporo do poprawy, miałem cichą nadzieję, że Chilijczyk odmieni sytuację, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dałem się nawet uwieść oknu transferowemu w wydaniu Andaluzyjczyków. Okej, Claudio Bravo, Martin Montoya i Victor Ruiz to nie były gwiazdy światowego formatu, ale gracze doświadczeni w rywalizacji na wysokim poziomie. Niestety, Real Betis, choć posiada gro utalentowanych zawodników, zawodzi na całej linii. Spora w tym rola stoperów, bo Marc Bartra i wspomniany Victor Ruiz to para popełniająca najwięcej błędów prowadzących do utraty gola, a ich postawa w meczach wygląda nieraz wręcz kuriozalnie. Dodajmy do tego zapaść Williama Carvalho i brak napastnika zdolnego zagwarantować choćby 10 goli na sezon i katastrofa murowana. Ekipa z Sewilli zajmuje dziewiątą pozycję w lidze i choć wydaje się to niezłym rezultatem, to przy tak wielkim ścisku w tabeli spodziewam się, że skończą znacznie niżej. O aspiracjach do gry w europejskich pucharach nawet nie wspominam. Zresztą, kto z klasy średniej w Hiszpanii nie chciałby zagrać w Lidze Europy? Peter Lim też pewnie snuł takie marzenie odnośnie swojej Valencii. Ten sezon pokazuje jednak, że krawiec kraje, na ile materiału staje. Czas też na kontrowersyjną tezę, bo kto spodziewał się…

…że Valencii będzie szło tak dobrze?

Tak, dobrze widzicie. Jestem świadomy, że Nietoperze znajdują się o punkt nad strefą spadkową, ale tak naprawdę po masowym exodusie z Walencji, spodziewałem się prawdziwej zapaści. Takiej, jaką prezentował nam w zeszłym sezonie choćby Espanyol, targany przecież mniejszymi problemami. A tymczasem, Javi Gracia z drużyny z przetrąconym kręgosłupem stworzył zespół, którego mecze warto obejrzeć, bo mamy gwarancję, że nie uświadczymy nudy. Po pierwsze, padną gole – tylko w bezbramkowym remisie z Eibarem Valencii udało się zachować czyste konto – a po drugie, nikogo w pojedynku z Los Che nie czeka łatwa przeprawa. Podopieczni Gracii najbardziej mobilizują się na mecze z potentatami, co ewidentnie pokazują wyniki: wygrana z Realem Sociedad (1:0), szalone wyjazdowe zwycięstwo z Realem (4:1), remis na Camp Nou (2:2), czy skromne porażki z Atletico (0:1), Sevillą (0:1) i Villarreal (1:2). Jak na ekipę, z której wycięto mózg (Dani Parejo), płuca (Geoffreya Kondogbię) i usunięto obie nogi (Rodrigo i Ferrana Torresa), uznaję to za całkiem niezłe wyniki. Warto też zwrócić uwagę na kapitana Valencii, Carlosa Solera, który w pojedynkę wziął na plecy ekipę i robi wszystko, by utrzymać ją w hiszpańskiej ekstraklasie. Jeżeli do zdrowia wróci prezentujący świetną formę Gaya, a w owym zdrowiu pozostaną Racić i Maxi Gomez, to Nietoperze powinny się utrzymać. Jakkolwiek przykro to nie brzmi. Valencia to nie jedyny klub przechodzący przez ogromny kryzys instytucjonalny. O ile jednak jej wyniki wydają się być nawet nieco ponad stan, tak kto spodziewał się…

…że Barcelona będzie drżeć o miejsce w czołowej czwórce?

Złośliwi powiedzieliby, że każdy. Ja się z tym nie zgadzam. Z zespołu odeszli Ivan Rakitić, Arturo Vidal (których występy w nowych zespołach zdają się udowadniać, że pożegnanie było dobrą decyzją) oraz Luis Suarez. Jedynie utrata Urugwajczyka mogła wpłynąć na zespół negatywnie i tak się rzeczywiście się stało. Mimo tego, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto spodziewał się, że Barca zanotuje najgorszy start w lidze od czterech dekad. Przewroty pałacowe i kolejne afery musiały odbić się na szatni, ale chyba nie na tyle, by Duma Katalonii musiała uznać wyższość takich tuz, jak Cadiz, Deportivo Alaves czy dołujące Getafe. Niestety też, Barcelona nie motywuje się, w przeciwieństwie do Realu, na silnych rywali, co dobitnie pokazała porażka w Klasyku (1:3), a także mecze z Atletico (0:1) czy Juventusem w Lidze Mistrzów (0:3). Gdyby patrzeć wyłącznie na mecze wyjazdowe, to przed ostatnim zwycięstwem na Estadio Jose Zorrilla, Duma Katalonii znajdowałaby się w strefie spadkowej! A pod choinkę kibice dostali wiadomość, że klub interesuje się Shkodranem Mustafim, wypychanym z… Arsenalu. Na osłodę, wszystko wskazuje na to, że w klubie pozostanie Leo Messi, a nowy prezydent, którego poznamy pod koniec stycznia, być może ustabilizuje nieco sytuację. Mimo wszystko, wydaje się, że ten sezon należy już spisać na straty i budować na przyszłość. A to Koemanowi idzie całkiem dobrze, czego dowodem niech będą minuty dla Oscara Minguezy, Ronalda Araujo, Sergino Desta czy Pedriego.

Śmierć, podatki i… trudno zakończyć wyliczankę. Sezon 2020/2021, w całym swym chaosie posiada pewien urok tajemnicy. Nie mam bowiem pojęcia, jak wyglądać będzie tabela w maju ani czy któryś z zespołów nie zmieni swej sytuacji o 180 stopni. I ta niepewność jest chyba idealnym zobrazowaniem kończącego się roku kalendarzowego. Nie tylko w piłce nożnej.

Komentarze