Xavi “ma” Ligę Mistrzów, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia

Ansu Fati i Sergio Busquets
Ansu Fati i Sergio Busquets PressFocus

Gdy w listopadzie Xavi przejmował stery w Barcelonie, ta zajmowała dziewiąte miejsce w lidze, a kwalifikację do nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów traktowano jak pobożne życzenie. Blaugrana na trzy kolejki przed końcem zapewniła sobie ciągłość występów w elitarnych rozgrywkach, ale w grze jest jeszcze wyceniane na 20 milionów euro wicemistrzostwo.

  • Barcelona po pięknym trafieniu Alby w ostatniej akcji meczu pokonała na wyjeździe Real Betis (2:1)
  • Ten wynik sprawił, że Duma Katalonii jest już pewna gry w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów. Oznacza to też przypływ minimum 50 milionów euro do klubowej kasy
  • Xavi chce jednak więcej. Wicemistrzostwo oznaczałoby bowiem nie tylko sam udział w Superpucharze Hiszpanii, ale i dodatkowe 20 milionów euro

Xavi nie zagwarantował trofeów z miejsca, ale nadał drużynie tożsamość

Jestem fanem trenerów ambitnych. Takich, co wolą narzucić na swych zawodników presję, mimo niewielkiej szansy powodzenia, niż tych, co powtarzają, że “jest, jak jest”. Gdy na Twitterze czy różnych grupkach widzę komentarze wyśmiewające Xaviego za zerowy wkład w klubową gablotę w tym sezonie, przypominam sobie przełom października i listopada. Wiecie, kto bowiem pozwolił choćby marzyć – piłkarzom, prezesowi i kibicom – o pucharach? Sam Xavi. Jego poprzednik podkreślał, że z taką kadrą nie może walczyć o żadne trofea. Zostawił zespół dryfujący pośrodku tabeli, zapewniając przy tym na każdym kroku, iż takich piłkarzy nie stać na rzeczy wielkie.

Nowy szkoleniowiec wgrał nowy software. “Tak, jesteśmy Barceloną. Tak, jesteśmy w trudnej sytuacji, ale zwyciężanie to nasz obowiązek”. W tamtym czasie opinie się mieszały. Katalończyk miał być albo mesjaszem, albo totalną porażką. Zbawcą nie został. Ale dał wszelkie znaki, by wierzyć, że jeszcze wszystko przed nim.

Bezkonkurencyjni w ligowej wadze ciężkiej

Pamiętając nie tak dawne boje w Europie, Barcelonie najczęściej zarzuca się pękanie w starciach z wielkimi rywalami. Tak też było. Ernesto Valverde świetnie radził sobie w lidze, za to w Europie poniósł sromotne porażki. O kadencjach Setiena i Koemana lepiej nie wspominać. Xavi mocno zakasał jednak rękawy i odkąd przejął władzę w klubie, stara się przywrócić gen zwycięzcy. Weterani powtarzają, że nie trenowali tak ciężko nawet za czasów Pepa Guardioli. Młodzi podpisują wieloletnie kontrakty z zaporową klauzulą odstępnego, bo wierzą w projekt. Ich nadzieja ma wymierne podstawy.

Xavi, jak dotąd, poprowadził jako trener Blaugranę w 23 starciach ligowych. Co najmniej raz zmierzył się już zatem z każdym z rywali z górnej połowy tabeli. Pokonał każdego z nich, choć na początku swej przygody na Camp Nou zgubił punkty z Osasuną (2:2), Betisem (0:1) i Sevillą (1:1). Później Duma Katalonii nie miała już litości. Aż pięciu rywalom z tego grona zaaplikowała po cztery gole – w tym Realowi Madryt i Atletico, obu na wyjeździe – wywiozła też komplet punktów z Benito Villamarin, Anoeta, Estadio de la Ceramica czy Mestalla. Warto też dodać, że triumfy przychodziły zarówno w świetnym okresie drużyny, jak i ostatnio, gdy zmęczenie psychiczne i liczne kontuzje dają się piłkarzom we znaki. Zakładając, że w letnim oknie transferowym drużyna zostanie odpowiednio wzmocniona, spokojnie można założyć, że od sierpnia powróci do walki o utracone przed trzema laty mistrzostwo. Ekipa Xaviego ewidentnie nie pęka na robocie.

Koniec strachu w delegacjach i walka do końca

Barcelonę ery Setiena i schyłkowego Koemana kojarzę głównie z katastrofalną grą na wyjazdach. Jako się rzekło, Xavi zdołał wywalczyć zwycięstwo na niemal wszystkich największych stadionach w Hiszpanii. Łącznie seria zespołu trwa od 13 spotkań, gdy wywiozła komplet oczek z obiektu półfinalisty Ligi Mistrzów – Villarrealu. W trakcie tej serii tylko dwa mecze zakończyły się remisami. Najprostsze z wyliczeń podało Mundo Deportivo. Na początku sezonu, jeszcze za Koemana, Blaugrana wywalczyła (czy to na pewno dobre słowo?) dwa (!) punkty na dwanaście możliwych. Xavi zainkasował aż 31 z 39.

Blaugrana ma też odpowiedni charakter. Oczywiście, forma drużyny mocno falowała i zależała od obecności kilku najważniejszych graczy, ale zespół nauczył się walki do końca. Widzieliśmy to ostatnio na stadionie Betisu, gdy gol Alby dał zwycięstwo i awans do Ligi Mistrzów. W samej La Lidze Duma Katalonii strzeliła aż 14 bramek w ostatnich dziesięciu minutach meczu. To najlepszy rezultat w całej stawce. Jednego gola mniej w takich okolicznościach zdobyła Granada. Te trafienia miały ogromną wagę, bo zapewniły zespołowi z Camp Nou aż 17 punktów. Najlepsi pod presją uciekającego czasu byli dwaj Holendrzy. Luuk de Jong i Memphis Depay po trzy razy ratowali kolegom skórę w końcówce.

Korzystny układ tabeli

Barcelona zrobiła wszystko, by udowodnić, że należy jej się miejsce w Lidze Mistrzów. Wygrywała mecze z bezpośrednimi rywalami, a pomimo niedawnych wpadek z Cadizem i Rayo, dobrze radziła sobie też z “maluczkimi”. W 35. kolejce wydatnie pomogli jej jednak inni uczestnicy “wyścigu o Europę”. Sami pokonali Betis, Sevilla podzieliła się punktami z Villarrealem, a Real Sociedad niespodziewanie uległ żegnającemu się z elitą Levante. Tylko Atletico – również dość niespodzianie – wygrał swoje pierwsze derby stolicy na Wanda Metropolitano.

Xavi zapewnił klubowi co najmniej 50 milionów euro do klubowej kasy za sam awans do Ligi Mistrzów. Poza finansami ważna jest też jednak ciągłość. Jak trudno wrócić po długiej nieobecności do najbardziej elitarnych rozgrywek w Europie pokazują przykłady Arsenalu czy Milanu. Kolejny cel dla zespołu to jednak wicemistrzostwo. Dałoby ono nie tylko pewien prestiż, ale i udział w Superpucharze Hiszpanii. W obecnej sytuacji Blaugrana musi walczyć o każde trofeum, a wiedząc, że poza Realem znajdą się tam też Betis i Valencia, zwiększają przecież szanse na ostateczny triumf. Nie bez kozery pozostaje też fakt, iż łącznie różnica pomiędzy zajęciem drugiego i trzeciego miejsca może “kosztować” przegranego kolejne 20 milionów. A w tej walce Barcelona zapewniła już sobie pewien bufor bezpieczeństwa, bo nawet remisując dwa z ostatnich trzech meczów i tak nie dałaby się wyprzedzić trzeciej Sevilli.

Odbudowanie Blaugrany jeszcze trochę potrwa i trudno powiedzieć, kiedy otrzymamy ostateczny produkt. Ale od 6 listopada wszystko podąża w dobrym kierunku.

Partidazo kolejki

Cóż za spotkanie zaserwowali nam piłkarze Levante i Realu Sociedad! Trzy gole, ale drugie tyle mógł ustrzelić sam Aleksander Isak. Szwed zapewne marzy już o końcu sezonu i mentalnym resecie, bo jego nieskuteczność drażni już największych fanów Txuri-urdin. Tym razem napastnik aż trzy razy obił obramowanie bramki przeciwnika. Levante, z kolei, w pięknym stylu żegna się, zapewne, z La Ligą po pięciu latach. I właśnie przez takie starcia niezwykle nad tym ubolewam.

Poniższe wideo odtworzyć można w osobnej karcie przeglądarki.

Evento kolejki

Polscy piłkarze nie mają tak bogatej historii w hiszpańskiej ekstraklasie, jak we wszystkich innych czołowych ligach Europy. Tym przyjemniej patrzy się, jak po 25 latach od odejścia Real Betis docenił Wojciecha Kowalczyka. Dobór meczu też z pewnością nie był przypadkowy – przecież ex-piłkarz nie kryje się z sympatią do Verdiblancos i Barcelony. A kto wie, może tego lata ujrzymy kolejnego polskiego snajpera na Półwyspie Iberyjskim?

Jugador kolejki

Jorge Molina dał w ten weekend prawdziwy popis. 40-latek pojawił się na boisku w drugiej połowie i zapewnił swojej Granadzie dwa gole i asystę. Ostatecznie goście wygrali na stadionie Mallorki aż 6:2 i uciekli ze strefy spadkowej. Wspomnienie o pięknie starzejącym się weteranie to też pretekst, by pokazać fantastyczne trafienie Salvy Sevilli.

Golazo kolejki

Ale tytuł gola kolejki wędruje do Iago Aspasa. Kapitan Celty Vigo ponownie wziął zespół na plecy i rozegrał fenomenalne spotkanie z Deportivo Alaves, a wisienką na torcie był pokaz inteligencji i refleksu przy dobiciu wolejem własnego strzału z rzutu wolnego.

Komentarze