Status quo przed Klasykiem zachowany. Ale czy na pewno?

Marc-Andre ter Stegen
Marc-Andre ter Stegen PressFocus

Już w niedzielę oczy każdego fana piłki nożnej zwrócą się na Santiago Bernabeu, gdzie zawita FC Barcelona. W miniony weekend oba wielkie hiszpańskie kluby wygrały swoje mecze w stosunku 1:0, więc może zdawać się, że nic się nie zmieniło. Nastroje panujące w obu drużynach są jednak zgoła odmienne.

  • Za tydzień hit rundy jesiennej: pojedynek Realu Madryt z Barceloną
  • W miniony weekend Los Blancos pokonali skromnie Getafe, a Blaugrana Celtę Vigo
  • Wbrew pozorom, więcej powodów do zadowolenia mogą mieć Królewscy, a nie przewodzący w tabeli Katalończycy

Barcelona i Real pozornie zgodni przed El Clasico

Choć obaj trenerzy mogą powtarzać, że nie myślą jeszcze o nadchodzącym Klasyku, oczywistym zdaje się, że to nieprawda. To spotkanie z reguły definiujące całą rundę, choć trzeba przyznać, że tym razem poprzedzi je niezwykle istotna kolejka Ligi Mistrzów. Ostatecznie Barcelona ma nóż na gardle, za to jeśli Real Madryt wygra w Warszawie, przyklepie już awans do fazy pucharowej.

Tak czy owak, podstawowym założeniem na miniony weekend było sięgnąć po trzy punkty. I obu gigantom ta sztuka się udała. Eder Militao już na początku spotkania wykorzystał wrzutkę z rzutu rożnego, z kolei Pedri bez pardonu otworzył prezent od Unaia Nuneza. Zwycięstwa po 1:0 oznaczały, że na szczycie tabeli nic się nie zmieniło. Przynajmniej pozornie.

Mistrzowska pewność siebie Królewskich

Gdyby Carlo Ancelottiemu powiedzieć: “ale masz silną psychikę”, to – zakładając, że Włoch gustuje w polskich komediach z przełomu XX i XXI wieku – możemy spodziewać się, jaką otrzymalibyśmy odpowiedź.

Bo Królewscy najzwyczajniej w świecie nie pękają na robocie. Szybko strzelili gola Getafe, nawet nie zastanawiając się, że na boisku brakuje dwóch największych gwiazd minionego, tak udanego przecież, sezonu – Thibaut Courtois i Karima Benzemy. I to nie przez to, że Los Blancos byli tego dnia świetnie dysponowani, czy nawet zaangażowani w mecz. Jeżeli mielibyśmy wytypować drużynę, która doskonale wie, ile wysiłku musi włożyć w wygraną, Real nie miałby konkurencji. Trenerzy Manchesteru City czy Bayernu powtarzają, że trzeba dbać o szczegóły i prezentować równą formę tydzień w tydzień – tylko tak można, ich zdaniem, sięgnąć po trofea. Tymczasem Real w derbach stolicy funkcjonował na autopilocie. Czasem szarpnął Vinicius, Rodrygo był bliski zdobycia dwóch bramek, klasycznie swoich szans z dystansu szukał Fede Valverde – i niewiele więcej.

A choć Getafe miewało swoje szanse, sama mowa ciała rywala pokazywała, jak mało one znaczyły. Po każdym groźnym strzale gospodarzy obrońcy Królewskich spokojnie wracali na pozycję. Nie było żadnych nerwowych ruchów, poprawy ustawienia, próby motywowania. Ci goście po prostu wiedzą, że ten mecz i tak “się wygra”. I to mógłby być zarzut, gdyby takie podejście odzwierciedlało się negatywnie na wyniku. A jak dotąd mistrzowie Hiszpanii nie wygrali zaledwie jednego ze spotkań na wszystkich frontach. Przypomnę, że dobijamy już do połowy października.

Szklana szczęka ekipy Xaviego

Barcelona też wygrała 1:0, ale jej mecz – a zwłaszcza druga połowa – wyglądała zgoła inaczej. Bo przed przerwą Blaugrana prezentowała się naprawdę nieźle. Świetnie funkcjonował tercet w pomocy, a Sergio Busquets raz za razem posyłał niekonwencjonalne prostopadłe podania. Pedri wykorzystał fatalny błąd Nuneza i wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Pewnie wyglądał też Gerard Pique, włożony przecież do zamrażarki na początku sezonu.

Ale po zmianie stron Celta Vigo zrozumiała, że może nie potrzebować wybitnego spotkania, by tego dnia urwać Dumie Katalonii punkty.

Nie sposób przypomnieć sobie jednej dobrej okazji Barcelony po przerwie. Z kolei każda szarża w okolicę szesnastki w wykonaniu Iago Aspasa, Franco Cerviego czy Augusto Solariego wprawiała zespół Blaugrany w panikę. Po raz kolejny fenomenalny mecz rozegrał Marc-Andre ter Stegen, kilkukrotnie ratując swoich kolegów. Cieszyć może też bardzo solidny występ Gerarda Pique, choć obaj wymienieni gracze nie ustrzegli się błędów. Ale najbardziej fanów Dumy Katalonii musi martwić fakt, że ich ulubieńcy źle radzą sobie w niesprzyjających warunkach.

Dopóki rywal grzecznie “przyjmuje” dwie-trzy bramki, spotkanie zwykle układa się pod dyktando ekipy Xaviego. Ale co działo się, gdy niedawno prowadzenie przeciwko Barcelonie obejmowali piłkarze Bayernu czy Interu? Zespół tracił impet, nie wiedział, jak zareagować. Trudno było uwierzyć, że zaraz dojdzie do huraganowych, przemyślanych ataków, zdolnych do odwrócenia sytuacji na boisku. A teraz Dumę Katalonii czeka nie tyle egzamin, co cała sesja. I to na prestiżowej uczelni. Inter, Real, Villarreal, Athletic, Bayern i Valencia – tak prezentują się pozostali październikowi rywale Blaugrany. I o ile liczne kontuzje kluczowych graczy mogą poniekąd tłumaczyć zniżkę formy, o tyle najlepsze drużyny potrafią sobie z tym radzić, co regularnie pokazują Królewscy. A przecież przed startem sezonu to nie Los Blancos chwaliliśmy za szeroką, konkurencyjną kadrę…

Partidazo kolejki

Valencia Gennaro Gattuso gra rock and rolla i patrzy się na to z niekłamaną ekscytacją. No bo czego brakowało w ostatnim starciu z Osasuną? Otrzymaliśmy piękne gole, dwa zmarnowane karne (w tym w wykonaniu Edinsona Cavaniego, mogącego otworzyć swój dorobek w Hiszpanii), czerwone kartki i liczne ataki. Śledzenie projektu włoskiego trenera to już nie tylko przyjemność, ale i obowiązek.

Poniższe wideo odtworzyć można w osobnej karcie przeglądarki.

Evento kolejki

Już praktycznie od rundy wiosennej minionego sezonu nie sposób było oglądać dogorywania Sevilli Julena Lopeteguiego. Hiszpana zmienił Jorge Sampaoli i w ponownym debiucie na ławce trenerskiej Los Nervionenses pokazał, że nie stracił nic ze swojego szaleństwa. Pierwszy kwadrans w wykonaniu jego podopiecznych był wyjątkowo udany. Później do głosu doszli już gracze Athleticu, ale remis z takim rywalem musi być dla starego-nowego trenera Andaluzyjczyków udanym początkiem przygody. Cieszę się na każdego barwnego ptaka na ławce klubu La Ligi i z pewnością od teraz oglądanie meczów Sevilli stanie się przyjemniejsze dla oka. Tylko, czy za tym pójdą wyniki?

Jugador kolejki

Będę upierał się, że wyłączając Luisa Suareza z sezonu mistrzowskiego, Angel Correa jest najlepszym – a na pewno najrówniejszym – napastnikiem w Atletico ostatnich lat. W meczu z Gironą Argentyńczyk ustrzelił dublet. W dodatku oba gole nosiły znamiona prawdziwego instynktu zabójcy. Najpierw wyskoczenie zza pleców obrońców, a następnie wymuszenie złego podania na bramkarzu rywala. Klasa sama w sobie.

Golazo kolejki

Athletic w drugiej połowie meczu z Sevillą wykreował mnóstwo okazji, ale gol padł z dystansu. Wprowadzony z ławki Mikel Vesga zdecydował się na bombę z dystansu i to mu się opłaciło. Co ciekawe, Bask nigdy nie był łowcą bramek. Tylko raz w przeszłości zdołał zakończyć sezon z dwiema bramkami na koncie (miało to miejsce przed rokiem). Teraz strzelił w drugim meczu z rzędu i już w październiku wyrównał swój (niezbyt imponujący, ale jednak) rekord strzelecki.

Komentarze