¡Que partidazo! #3 Stary rok – starzy Zidane i Koeman

Zidane i Koeman
Zidane i Koeman PressFocus

Choć tekst pisany był już w roku 2021, to ostatnia kolejka LaLiga zakończyła się jeszcze w ubiegłym. I, niestety, dla kibiców dwóch największych hiszpańskich klubów, zakończyły one rok pokazując swoje stare, leciwe wręcz, oblicza.

Błąd poganiany błędem

Ktokolwiek nie grałby w pierwszym składzie Barcelony, możemy być niemal pewni, że w “jedenastce” znajdzie się ktoś zdolny do popełnienia kuriozalnego błędu. Strata w środku pola w wykonaniu Sergio Busquetsa, niezdolność do opanowania podania z autu Clementa Lengleta czy nieupilnowanie wroga przy rzucie rożnym… Można tak wymieniać w nieskończoność. W ostatnim spotkaniu z Eibarem swój “popis” dał jeden z największych wygranych ery trenera Koemana, czyli Ronald Araujo. Rozgrywający generalnie dobre spotkanie Urugwajczyk, który na początku wywalczył nawet rzut karny, oddał piłkę jak za darmo Kike Garcii, a ten pomknął w stronę ter Stegena. Rajd zakończył się golem, dzięki któremu Hiszpan został pierwszym w historii zawodnikiem Eibaru, który w jednym sezonie pokonał bramkarzy Realu Madryt i Barcelony. Nie był to zresztą jedyny powód utraty punktów przez Blaugranę. Już na samym początku, grający u siebie Katalończycy, dali narzucić sobie warunki rywala. Nie mówimy tu o Liverpoolu czy Bayernie, ale – z całym szacunkiem – o przeciętniaku ligi, który do końca będzie walczyć o utrzymanie. Owszem, podopieczni Mendilibara mają z góry ustalony styl, niewygodny dla rywali – zwłaszcza tych z wysokiej półki – ale podporządkowanie się im na Camp Nou zakrawa jednak o kompromitację. Dodajmy do tego przestrzelony rzut karny, gol nieuznany przez minimalnego spalonego i nieskuteczność i zobaczymy wszystko, z czego zapamiętamy Barcelonę Anno Domini 2020. Zabrakło też tego jednego piłkarza, który potrafi sam odmienić losy tak trudnego meczu. No Messi – no party.

Jak zepsuć nastroje kibicom przed końcem roku?

Wykłada profesor Zinedine Zidane. Przepis na zawód nie jest wcale skomplikowany. Seria sześciu zwycięstw Królewskich opierała się na ograniczeniu rotacji i skupieniu. Real nieraz nie grał efektownie, ale punktował z żelazną regularnością. I to przeciwko komu! Atletico, Athletic czy uczestnik Ligi Europy, Granada. Złośliwi na forach Królewskich już miesiąc temu zakładali, że znając Zidane’a, to stracą punkty z “jakimś Elche”. Tym “jakimś Elche” okazało się… Elche. Zizou stwierdził, że to czas, by po raz kolejny dać szansę Marcelo, bo może wreszcie nauczył się biegać. Ta jedna zmiana wystarczyła. Brazylijczyk wyglądał lepiej niż wówczas, gdy ostatnio pojawił się na boisku – czyli w listopadzie – ale posiadanie go w składzie to gwarancja katastrofy. Rigoni miał po prawej stronie otwarty korytarz, którym mógł dysponować wedle swojej woli. I to takie mecze sprawiają, że Zidane jest kwestionowany nawet przez kibiców Królewskich. Bo jeśli myślą poważnie o mistrzostwie kraju, to bezpośrednie zwycięstwa z ekipami pokroju Atletico okażą się niewystarczające, jeżeli nie będą potrafić obijać słabeuszy. A w tym wyspecjalizował swój zespół Diego Simeone.

Partidazo kolejki

Wybór pomiędzy Levante – Real Betis a Granada – Valencia był trudny, ale postawiłem na to, które zaoferowało więcej piłkarskiej jakości. Podopieczni trenera Paco Lopeza w fantastycznym stylu prowadzili do przerwy już 3:1 i wydawało się, że nic złego im nie grozi. Zwłaszcza, że Betis popełniał katastrofalne błędy w obronie, a w ataku, poza zdobytą dość szczęśliwie bramką, zagrozili Aitorowi tylko raz, gdy Fekir uderzył w słupek. Po przerwie jednak głupotą popisał się Rober Pier, którego arbiter musiał wyrzucić z boiska i rozpoczął się prawdziwy rollercoaster. Manuel Pellegrini wprowadził z ławki wracającego po niemal dwóch miesiącach przerwy Sergio Canalesa, a Hiszpan szybko pokazał, za czym tęsknili kibice Verdiblancos. Jak przystało na lidera, poprowadził drużynę, zdobył dwa gole i robił, co mógł, by jego Real uratował choć punkt. To się nie udało, ale widowisko otrzymaliśmy przednie.

Evento kolejki

Tu znalazło się miejsce na pojedynek Valencii z Granadą. Zawodnicy obu drużyn nie zaprezentowali za dużo jakości, za to o show zadbał arbiter. Pan Vega w ciągu trzech minut pokazał trzy czerwone kartki, co ostatecznie pozwoliło Granadzie wyszarpać, zasłużone zresztą, zwycięstwo. Wykluczenie Jasona można spokojnie wybronić, Goncalo Guedes także musiał mocno zirytować sędziego, skoro ten od razu pokazał mu kartkę koloru czerwonego. Pan Vega zagalopował się, gdy postanowił nieco wyrównać szanse i wyrzucił z boiska Domingosa Duarte. Ostatecznie rezerwowy weteran załatwił gospodarzom trzy punkty. W ostatnich minutach 38-letni Jorge Molina popisał się piękną główką. Cóż, miał przecież sporo wolnej przestrzeni.

Jugador kolejki

Tę kolejkę wyróżniały wielkie powroty – jak wspomnianego Canalesa czy Ousmane’a Dembele – ale i pokaz siły weteranów. Jose Morales z Levante zanotował spektakularny występ. Dwa gole w odstępie kilkudziesięciu sekund, a jeden ładniejszy od drugiego, a do nich dorzucił przytomną asystę. 33-latek nie strzelał od 8 listopada, ale jak już zaczął, to w wielkim stylu.

Golazo kolejki

Ku pokrzepieniu serc kibicom Barcelony, wybrałem trafienie Ousmane’a Dembele. Francuz wszedł z ławki i momentalnie rozruszał skostniałą ofensywę Dumy Katalonii, a udany występ spuentował ładnym golem. Nie jest to trafienie, o którym pamiętać będą kolejne pokolenia, ale cała akcja, wraz z napędzeniem jej w wykonaniu Coutinho i asystą Juniora Firpo przypominała najlepsze czasy Barcelony, która narzucała rywalom niemożliwe do utrzymania tempo. W poniższym filmiku wspomniana akcja rozpoczyna się tuż po upłynięciu minuty.

Komentarze