¡Que partidazo! #26 Nowe szaty La Ligi

Gerard Pique
Gerard Pique PressFocus

Odejście Lionela Messiego, Sergio Ramosa i Raphaela Varane’a w jednym oknie musiało odbić się na jakości całej ligi. Miejmy jednak nadzieję, że nowe oblicze La Ligi – oblicze brutalne, w którym najciekawszymi momentami spotkań były wojny toczone między dwiema drużynami – to tylko wypadek przy pracy. Bo na tę kopaninę trudno było patrzeć.

  • Pierwsza kolejka La Ligi zapowiadana była jako rozpoczęcie ery post-Messi w Barcelonie oraz post-Ramos w Realu Madryt
  • Dwaj giganci poradzili sobie dobrze, ale to, co zapamiętamy z premierowej serii gier to niezwykła brutalność, wielka liczba fauli i niezwykłą “kreatywność” w otrzymywaniu przez graczy czerwonych kartek

Nie taką La Ligę chcą oglądać kibice po półtorarocznej przerwie

Stadiony La Ligi ziały pustką przez ponad pięćset dni. Pandemia koronawirusa odcisnęła swoje piętno na każdym klubie, z których aż piętnaście ma do teraz problem z rejestrowaniem graczy do rozgrywek. Najbardziej ucierpiały te instytucje, które zależne są od swoich kibiców i praw telewizyjnych, ale faktem jest, że żaden z zespołów hiszpańskiej ekstraklasy nie znajduje się w dobrej dyspozycji. Jeśli ktoś uważa, że przez pandemię w tej formie znajdują się wszystkie kluby, to odsyłam do Premier League, gdzie przeprowadzono w tym oknie dwa transfery warte ponad sto milionów euro. Albo do Paris Saint-Germain.

I choć powrót kibiców na stadiony przywrócił namiastkę dawnej magii, a przy aplauzie dla Lionela Messiego w trakcie dziesiątej (a de facto jedenastej) minuty miały prawo pojawić się u bardziej emocjonalnych fanów ciarki na plecach, to z pewnością nie taką piłką nożną żyją Hiszpanie.

W pierwszych dziesięciu spotkaniach nowego sezonu odnotowano aż 291 fauli. Pokazano 51 żółtych kartek. I osiem czerwonych. Zwłaszcza te ostatnie mogą zwracać uwagę, bo pokazywano je w różnych okolicznościach. Kuriozalne wykluczenie zanotował, przykładowo, syn Zinedine’a Zidane’a. Luca broni barw Rayo Vallecano i na początku starcia z Sevillą objął i przytrzymał Oussanę Idrissiego, za co arbiter wyrzucił bramkarza z boiska, a Los Nervionenses otrzymali rzut karny.

Juan Foyth zobaczył drugą żółtą – a w konsekwencji czerwoną – kartkę za spóźnione wejście, a Hugo Mallo i Mario Hermoso wylecieli z boiska za regularną awanturę sprokurowaną wejściem kapitana Celty w Luisa Suareza. Multum fauli, głupie błędy i brutalność – uwierzylibyście, gdyby kilka lat temu ktoś w taki sposób zrelacjonował wam pierwszą kolejkę La Ligi?

Krajobraz po odejściu boga i cesarza

Promykiem nadziei jest fakt, że najlepsze spotkania w pierwszej serii gier rozegrały Real Madryt i Barcelona. Oczywiste było, że większość niedzielnych kibiców zasiądzie do hiszpańskiej ekstraklasy, by sprawdzić, jak poradzi sobie Duma Katalonii bez Lionela Messiego, a Królewscy bez Sergio Ramosa. A poradzili sobie całkiem nieźle.

Co prawda, pierwszą połowę starcia z Deportivo Alaves powinni Los Blancos jak najszybciej zapomnieć. Po przerwie, jednak, znów dał o sobie znać geniusz Karima Benzemy, a aktywni byli wspierający go Eden Hazard oraz Gareth Bale. Jeden z zastępców Ramosa, Nacho, zdobył typową dla Cesarza bramkę po stałym fragmencie gry, a premierową asystę zanotował David Alaba. Do perfekcji daleko, ale było to zdecydowanie udane wejście w sezon podopiecznych Carlo Ancelottiego.

Barcelona, zaś, od pierwszych minut narzuciła tempo w starciu z Realem Sociedad. Brak Leo Messiego i powrót kibiców na trybuny zadziałał na zawodników motywująco. Gdyby nie dwa głupie błędy w końcówce – jakże kojarzące się z erą Ronalda Koemana – możnaby wręcz mówić o perfekcyjnym spotkaniu.

Aktywny był Antoine Griezmann, a Memphis Depay z miejsca przywitał się z kibicami asystą i efektownymi próbami dryblingu. Gola zdobył bohater trybun, Gerard Pique, a w końcówce swoje trafienie spuentował pocałowaniem herbu kolejny z kapitanów, którzy mają niebawem obniżyć swoje pensje, Sergi Roberto. Pierwsza kolejka pokazała, że świat po odejściu Leo Messiego nie zatrzymał się dla kibiców Dumy Katalonii. Klub będzie żył, ale za wcześnie, by dywagować nad jakością tej egzystencji.

Partidazo kolejki

Jako się rzekło, Barcelona zanotowała udane wejście w sezon. Kibice Dumy Katalonii zdążyli już przyzwyczaić się do tego, że Ronald Koeman zwykle gwarantuje emocje, a także rozrywkę. Mieli oni jednak nadzieję, że z gry Blaugrany znikną głupie błędy wynikające z braku koncentracji lub błędów w ustawieniu, ale póki co jest to nadzieja płonna. Barcelona kontrolowała mecz przez 80 minut, a później Real Sociedad z łatwością strzelił dwa gole – o drugim jeszcze wspomnę – i przyniósł 20 tysiącom kibiców na Camp Nou nerwówkę. A neutralnym fanom zagwarantował emocje, z jakimi od lat kojarzy się La Liga.

Evento kolejki

Bez najmniejszych wątpliwości – powrót kibiców na trybuny. Nawet wypełnione w 1/3 pojemności Camp Nou czy Wanda Metropolitano potrafią wygenerować atmosferę, jakiej nie zdoła podrobić nawet najlepsza technologia. Kibice dali piłkarzom radość, a ci odpowiedzieli z entuzjazmem. Patrząc na ogromną liczbę fauli i kartek, być może chcieli się pokazać fanom aż za bardzo. Miejmy jednak nadzieję, że pierwsza kolejka była tylko wypadkiem przy pracy.

Jugador kolejki

Znów Benzema pociągnął za uszy Real, a Martin Braithwaite niespodziewanie zakończył mecz z dubletem i asystą. Ale inny napastnik wielkiego klubu zrobił na mnie największe wrażenie. Angel Correa miał za zadanie wejść w buty Luisa Suareza i swoją rolę odegrał fantastycznie. Dwa piękne gole zdobyte w trudnych sytuacjach i zapewnienie swojej drużynie zwycięstwa pomimo błędu Marcosa Llorente kosztującego wyrównującą bramkę dla Celty Vigo. Argentyńczyk to postać wciąż niedoceniana – nawet przez kibiców La Ligi – a jego wkład w grę drużyny Diego Simeone była i jest niebagatelna.

Golazo kolejki

Wracamy na Camp Nou. Ostatnie trzynaście bramek z rzutów wolnych na tym stadionie zdobył Lionel Messi, ale w niedzielę Mikel Oyarzabal przerwał tę serię. Fantastyczne uderzenie ze sporego dystansu, dzięki któremu Real Sociedad zbliżył się do gospodarzy na dystans zaledwie jednego gola. To symboliczne, że już w pierwszym spotkaniu po odejściu Argentyńczyka z Barcelony ktoś zdołał wejść w jego buty na Camp Nou. Choćby w tym jednym elemencie.

Komentarze