Villarreal wyrasta na czwartego do brydża

Unai Emery
Unai Emery PressFocus

Wielka Trójca z Hiszpanii jest znana i wymieniana jednym tchem. W ostatnich latach do Realu, Barcelony i Atletico na szczycie dołączyć miała Sevilla, ale obecnie zespół znajduje się w gruzach. Na przeciwnym biegunie znajdziemy zaś Villarreal, który – jako jedyny w pięciu czołowych ligach – nie stracił jeszcze bramki i zgłasza chęć do zadomowienia się w elicie La Ligi na stałe.

  • Real Madryt i Barcelona zanotowały kolejne efektowne zwycięstwa i wyglądają na murowanych faworytów walki o mistrzostwo
  • Do duetu gigantów i Atletico Madryt dołączyć chce Villarreal, który notuje fantastyczny start sezonu
  • Żółta Łódź Podwodna strzela multum goli, za to nie straciła ani jednego. Na ten moment wygląda na faworyta do zastąpienia Sevilli

Sevilla nie wygląda na zespół zdolny podtrzymać fantastyczną serię

Czołową trójkę La Ligi każdy fan piłki nożnej na świecie wymieni jednym tchem. Real Madryt i Barcelona to światowi giganci, a kadencja Diego Simeone wprowadziła – i utrzymała! – w elicie też Atletico Madryt.

Ostatnie lata kazały wierzyć, że doszło do “zabetonowania” drogi do gry w Lidze Mistrzów. Od sezonu 2019/2020 do czołowej czwórki zawsze łapała się Sevilla. Trudno się zresztą było temu dziwić. Zdobywała trofea, miała (ma?) topowego szkoleniowca, a do tego najbardziej rozchwytywanego dyrektora sportowego na świecie. Sprzedawała zawodników z ogromnym zyskiem, a do tego Monchi zawsze znajdował na rynku (często francuskim) zastępstwo, które generowało kolejny przypływ gotówki.

Dziś Andaluzyjczycy znajdują się niemal na dnie tabeli, inkasując punkt w pierwszych czterech kolejkach. Monchi nie zdołał zasypać wielkiego leju po bombie, jaki powstał w wyniku transferów Diego Carlosa i Julesa Kounde. Drużyną targają nad wyraz liczne kontuzje, a trener Lopetegui wygląda na wypalonego. I teraz wchodzi on. Cały na żółto.

Żółta Łódź Podwodna chce pływać z wielkimi rybami

Nie będzie to informacja, po której pokochają mnie kibice Lecha Poznań, ale Villarreal imponuje formą. Miniony sezon był dla zespołu słodko-gorzki. Słodki, bo dotarli aż do półfinału Ligi Mistrzów, co udało mu się po raz drugi w historii. Gorzki, bo nie byli w stanie łączyć zwyciężania w Europie z triumfowaniem na własnym podwórku. W efekcie jedna z czterech najlepszych zespołów minionego sezonu rywalizować będzie z… no właśnie, Lechem Poznań.

Ale Żółta Łódź Podwodna, w przeciwieństwie do Sevilli, nie przespała letniego okna transferowego. Co najważniejsze, zdołała utrzymać w klubie wszystkie największe gwiazdy. Arnaut Danjuma był kuszony powrotem do Premier League. Pau Torres miał być rozważany przez Barcelonę w przypadku fiaska transferu Kounde. Gerard Moreno wolał wrócić do wysokiej formy przed mundialem na Estadio de la Ceramica. Arsenal nie zdołał dojść do porozumienia w sprawie Yeremiego Pino. I to tylko pokazuje politykę Villarrealu: nie odrzucimy ofert “nie do odrzucenia” (czy to na pewno po polsku?), ale też nie połasimy się na byle ochłap. Odeszli tylko ci, na których klub już nie stawiał, jak Paco Alcacer czy Mario Gaspar. Z kolei 18 milionów euro od Brighton za Pervisa Estupinana jawiło się jako dobra okazja. Do tego doszły jakościowe (i tanie) wzmocnienia. Wspomnianego Estupiniana zastąpił jeden z najbardziej obiecujących lewych obrońców La Ligi, Johan Mojica, a za darmo dołączyli też Jose Morales czy Giovani Lo Celso.

Niespotykany balans statku Emery’ego

W efekcie Villarreal wszedł w sezon w imponującym stylu. Stracił punkty tylko raz, remisując bezbramkowo z Getafe. Poza tym, Żółta Łódź Podwodna ma już na rozkładzie Atletico Madryt (2:0), ale też Real Valladolid (3:0) i Elche (4:0). Dlaczego dwa ostatnie triumfy są tak ważne? Bo choć Emery potrafił rywalizować z wielkimi ligi (może z wyjątkiem Barcelony), to jego zespół stracił rok temu Ligę Mistrzów, tracąc punkty z rywalami ze znacznie niższej półki. Teraz nic takiego nie ma miejsca. Obrona wygląda znacznie solidniej niż rok temu, a z przodu nowe gwiazdy wspomagają Gerarda Moreno i spółkę. Bramki strzela już “El Comendante” i ulubieniec trenera, Lo Celso. Świetną dyspozycją popisuje się też awansowany z zespołu B Nicolas Jackson. Szkoleniowiec ma ekipę zgraną, ale i mądrze uzupełnioną. Jeśli tylko zdoła utrzymać podobne punktowanie po starcie europejskich pucharów, możemy szybko poznać skład przyszłorocznych uczestników Ligi Mistrzów pochodzących z Hiszpanii.

Real i Barca w zjawiskowej formie

A co u naszych dwóch wielkich gigantów? Nuda, powiadam wam. Ale za taką nudę kibice La Ligi jeszcze niedawno by zabili. Real Madryt i Barcelona zanotowały w weekend dwa efektowne zwycięstwa nad rywalami ze ścisłej ligowej czołówki, choć forma Sevilli może temu przeczyć. Fakty są jednak takie, że Blaugrana wywiozła komplet ze stadionu drugiego pucharowicza (wcześniej rozbiła w delegacji Real Sociedad), robiąc piorunujące wrażenie. Wydaje się, że na stałe wrócił już stary, dobry Marc-Andre ter Stegen, a większość zawodników z pola wręcz fruwa nad boiskiem. Największą siłą zespołu Xaviego może być jednak szerokość składu. Katalońskie media są bowiem pewne, że w starciu z Viktorią Pilzno dojdzie do co najmniej czterech rotacji, a – przynajmniej na papierze – nie widać w wyniku tego spadku jakości.

Real Madryt w teorii miał więcej kłopotów, ale wynik zaciemnia obraz spotkania przeciwko Betisowi. Królewscy nie dali ówczesnemu wiceliderowi najmniejszych szans. W spektakularnej formie znajdują się Vinicius czy Aurelien Tchouameni, a udany mecz zagrał też w końcu Eder Militao. To spotkanie spokojnie mogło zakończyć się i rezultatem 5:1 i Manuel Pellegrini nie miałby powodów do narzekań. W takiej formie gigantów nie sposób nie przebierać nogami przed nadchodzącą Ligą Mistrzów!

Partidazo kolejki

Piłkarze Realu Sociedad i Atletico Madryt sprezentowali nam prawdziwe widowisko. Szkoda, że do poziomu nie doskoczyli sędziowie, ale kto z kibiców La Ligi jeszcze na to liczy? W zespole Atletico ponownie błysnął Alvaro Morata, a Antoine’a Griezmanna trudno będzie “Cholo” wiecznie utrzymywać na ławce rezerwowych. Z kolei po stronie Txuri-urdin trzeba docenić Umara Sadiq, który potrzebował dziewięciu minut, by przywitać się z nowymi trybunami golem, a także błyskotliwego Mohameda-Aliego Cho. Wygląda na to, że Baskowie dobrze zainwestowali pieniądze w zamkniętym niedawno okienku.

Poniższe wideo odtworzyć można w osobnej karcie przeglądarki.

Evento kolejki

Sporo interesujących wydarzeń skumulował pojedynek Athleticu z Espanyolem. Po pierwsze, Inaki Williams wrócił do zdrowia i nie przerwał swojej szalonej passy kolejnych meczów, która teraz trwa już od 237 ligowych spotkań. Lwy przegrały go jednak, w dodatku tracąc pierwszą bramkę w sezonie. Gola tego zdobył, marginalizowany, wypychany, a ostatecznie oddany (z dopłatą dla samego zainteresowanego) Martin Braithwaite. Całkiem ładne przywitanie z fanami Papużek w wykonaniu Duńczyka.

Poniższe wideo odtworzyć można w osobnej karcie przeglądarki.

Jugador kolejki

Sporo graczy błysnęło w ten weekend, ale postawę Julesa Kounde trzeba docenić. Gdy trafiał na Camp Nou, nie spodziewałem się, by był w stanie grać na prawej obronie w taki sposób, jaki prezentuje w dwóch ostatnich meczach. Szybkość, agresja i zdecydowanie – to był jasny wachlarz umiejętności Francuza. Do tego, jednak, 23-latek dorzucił dwie asysty (z czego pierwszej nie powstydziłby się Trent Alexander-Arnold w najwyższej formie), a uczynił to na stadionie swej byłej drużyny. Świetne wejście do zespołu Xaviego i nadzieja na odrodzenie prawej flanki, na co Camp Nou czeka od (pierwszego) odejścia Daniego Alvesa.

Golazo kolejki

Panie Enrique, oglądasz pan tę La Ligę? Iago Aspas w takiej formie wyrasta na jednego z najlepszych graczy rozgrywek. W starciu z Cadizem był niesamowity, strzelił w dodatku dwa gole, z czego ostatni był naprawdę cudowny. Czy reprezentacja Hiszpanii może lekką ręką obyć się bez weterana w takiej dyspozycji?

Poniższe wideo odtworzyć można w osobnej karcie przeglądarki.

Komentarze