Generał na boisku jak i poza nim

Xavi Hernandez
Xavi Hernandez PressFocus

“Dla mnie to przykre mówić, że jesteśmy dumni po porażce z Realem Madryt. Jesteśmy Barçą i nie możemy być dumni po porażce.” To słowa Frenkiego de Jonga z 23 stycznia po przegranej FC Barcelony w półfinale Superpucharu Hiszpanii z Realem Madryt. Pierwszy Klasyk Xaviego w roli trenera i pierwsza porażka. Porażka niosąca ze sobą lekcję pokory, ale jednocześnie wiarę w projekt sportowy klubu. Że podążanie tą droga ma sens, że odbudowa gry zespołu, wyników, aż wreszcie zaufania kibiców to proces, który trwa. A klub wreszcie znalazł się na właściwej ścieżce.

  • Od pełnych trybun do połowy stadionu. I z powrotem?
  • Klasyk w dwa ognie
  • Xavi – trener od zawsze?

Symbol upadku

W erze największych sukcesów FC Barcelony, nawet mecze z najsłabszymi zespołami ligi wzbudzały ogromne emocje, przyciągając rzesze kibiców na stadion. Gdy 9 kwietnia 2011 roku Blaugrana podejmowała na własnym stadionie czerwoną latarnię ligi – UD Almerię, na stadionie był niemal komplet kibiców. Ryk radości blisko 100 tysięcy gardeł po każdej z bramek strzelonych przez gospodarzy był nie do zapomnienia. Wśród nich byłem i ja, żyjąc widowiskiem razem z nimi, a później krocząc pośród tysięcy miejscowych ulicami miasta, które rzadko zasypia. Kibice, powracający do domów z wypiętymi piersiami w bordowo-granatowych koszulkach nie zawracają sobie głowy kolorem świateł drogowych. To przed nimi mają zatrzymywać się samochody, nie na odwrót. To oni doprowadzą do godzinnego paraliżu części miasta, a później powciskają do metra jak Polacy do wagonów kolei w czasach PRL-u. W końcu to ich drużyna wygrała kolejne spotkanie, dając popis umiejętności technicznych i zdyscyplinowania taktycznego.

Jedyne co przeszkadzało mi w odbiorze tamtego widowiska, to ostrzeżenia ojca, który–jak przystało na osobę z lękiem wysokości – co chwilę upominał mnie, żeby się tak nie wychylał przez barierkę. Miał rację, to nie było ani bezpieczne, ani potrzebne. Ale ja chciałem być jak najbliżej murawy, chłonąć te emocje całym sobą.

10 lat później rywalizację na Camp Nou z Valencią obserwowało z perspektywy stadionu już tylko 47 tysięcy kibiców, wśród których nie było i mnie.

Bolesny znak upadku klubu, który pogrążyły złe zarządzanie i brak odpowiedniej mentalności poszczególnych zawodników.

Oczekiwania vs rzeczywistość

Na Klasyk ligowy zaplanowany na 20 marca kibice, ze mną włącznie, czekali z ogromną niecierpliwością. Miał to być najciekawszy i najbardziej wyrównany pojedynek od lat. Niestety te zapowiedzi były mylne i spotkanie znów zawiodło. Tyle że tym razem kibiców zgromadzonych na Santiago Bernabeu, którzy przy stanie 4:0 dla Barcy opuszczali stadion. Drużyna prowadzona przez Xaviego grała prawdziwy koncert, a trener zza linii bocznej dyrygował swoimi muzykami przez pełne 90 minut. Naturalnie, jak to w przypadku młodych artystów niekiedy dało się słyszeć fałsze, a nie wszystkie instrumenty były odpowiednio nastrojone. Nie wpłynęło to jednak na efekt końcowy spektaklu, który wart był zapłacenia półtorej godziny swojego czasu za bilety.

Kiedy świat obiegła informacja, że z powodu kontuzji łydki w El Classico zabraknie Karima Benzemy, mówiłem najbliższym, żeby stawiali domy na FC Barcelonę. Pomny swojego szczęścia do zakładów bukmacherskich, profilaktycznie postanowiłem ograniczyć się do doradztwa, a sam nie postawiłem nawet złotówki. Dlatego dzisiaj to ja jem na kolację chleb z pasztetem, a moja siostra zamawia sushi. No cóż, szewc bez butów chodzi.

Rozsiadłem się w fotelu z oczekiwaniami zbliżonymi do pierwszego odpalenia na komputerze gry Wiedźmin 3, które dość szybko zostały przez piłkarzy obu zespołów spełnione. Początek spotkania przypominał pojedynek bokserski, w którym wytrawni mistrzowie od początku decydują się iść na wymianę ciosów i stanowczo za nisko trzymają gardę.

Głośny doping kibiców, który przyszli dzisiaj zobaczyć nie zwycięstwo na punkty, a nokaut. Chwila spokojnego dreptania wokół rywala. Dwa szybkie sierpy i przeciwnik na deskach. Na szczęście sędzia zdążył odgwizdać koniec rundy. Real Madryt schodził z boiska oszołomiony i mocno poturbowany.

Te 45 minut przypomniało mi grę w dwa ognie za czasów szkoły podstawowej. Każdy początek rozgrywki toczony był na wysokiej intensywności. Kiedy dzieciaki po jednej stronie linii traciły siły i rezon, do głosu dochodzili ci, którzy zamiast uczestniczyć w regularnej naparzance, woleli chować się przy końcu sali gimnastycznej i stosować uniki. Koniec końców wygrywali ci, którzy mocniej rzucali i zadawali bardziej dotkliwe ciosy. Ucieczka od konfrontacji niemal nigdy nie zapewniała triumfu.

Tak było też w tym przypadku.

Real się cofnął i liczył na to, że “dzieciaki” Xaviego się zmęczą, spuszczą nieco z tonu. Nie zapewniło im to sukcesu.

Real na deskach już po godzinie

Pierwsza akcja bramkowa Barcy może stanowić symbol całego Klasyku. Oto Ousmane Dembele postanowił zabawić się z Nacho Fernandezem, Francuz serią prostych zwodów nabierał kapitana Realu raz za razem. Momentami Hiszpan był już centymetry od dotknięcia piłki, ułamek sekundy od odbioru. Skrzydłowy Barcy umiejętnie kusił i mamił rywala, ale jednak “lizak wciąż był za szybą”. Potem precyzyjne dośrodkowanie na głowę Aubameyanga i konsternacja trybun. Nie z powodu straconej bramki. Raczej z powodu postawy kapitana Realu Madryt, który jest tego wieczoru bezsilny i złamany.

“Zdewastowani, zmiażdżeni, zdeklasowani, rozbici” – profilowi TVP Sport na Twitterze niemal zabrakło już przymiotników opisujących starcie na Estadio Santiago Bernabeu. Można skłonić się, wobec tego ku rzeczownikom – deklasacja, nokaut, lanie. Jeśli poczekacie to pobiegnę do słownika i na pewno jeszcze kilka ciekawych eufemizmów znajdę.

Dziennikarze Eleven Sports w ładnych słowach podsumowali po meczu postać Xaviego Hernandeza. Stwierdzili, że względem Ronalda Koemana wprowadził on zupełnie inną narrację podczas konferencji prasowych. Koniec z użalaniem się nad jakością składu i błędami poszczególnych zawodników. To charakteryzowało Holendra. Xavi po każdym niekorzystnym rezultacie najpierw rozlicza siebie. Hiszpan chwali zawodników, a gdy trzeba broni ich i stanowi pierwszą przeszkodę dla osądów dziennikarzy i krytyki płynącej ze strony mediów. Roztacza ochronny parasol, by ani jedna kropla negatywów nie spadła na głowy jego podopiecznych.

Wielokrotnie czułem się zniesmaczony i zszokowany, gdy Koeman na konferencjach prasowych wytykał błędy piłkarzom. Grób zaczął sobie kopać stwierdzeniami pt. “Jest jak jest”. Bo Barcelona nie znosi nijakości. Nienawidzi załamywania rąk. Gardzi ludźmi bez mentalności.

Trener od najmłodszych lat

Oglądając mecze Barcy za dzieciaka ulegałem wrażeniu, że Xavi funkcję trenera pełni już na boisku. Jego przegląd pola i zmysł taktyczny wtedy były godne podziwu. Po latach jeden z najlepszych pomocników w historii futbolu wrócił do Barcelony i w przeciągu 134 dni niczym Dżepetto wystrugał z kawałka drewna chłopczyka, który żyje. To Rocky Balboa, który wziął pod swoje skrzydła syna Apollo Creeda i pomógł zaprowadzić go na szczyt. On sam pozostaje w cieniu, bo wie, że nie jest w tej chwili aktorem pierwszoplanowym. Ale podobnie jak Sylvester Stallone, za tę rolę już teraz należy mu przynajmniej nominacja do Oscara.

Wiadomo, że opinia jest jak dupa – każdy ma swoją. Moja nie musi wcale nikogo obchodzić. Aby zatem nie pozostać gołosłownym, garść statystyk i ciekawostek po symbolicznym dla odradzającej się FC Barcelony El Clasico:

  •  W 2022 roku FC Barcelona jest na drugim miejscu pod względem zdobyczy punktowych w pięciu najsilniejszych ligach europejskich (26/30)
  •  Barcelona oddała siedemnaście strzałów na bramkę Realu z pola karnego. Nigdy wcześniej rywal Realu nie oddał tylu strzałów w meczu rozgrywanym na Santiago Bernabeu. 
  •  Xavi Hernandez jest pierwszą osobą w historii piłki nożnej, która wygrała na Santiago Bernabeu różnicą 4+ bramek jako piłkarz (2:6 dla Barcy w 2009 roku) i jako trener (0:4 w 2022 roku)
  •  Real Madryt stracił 4 gole na Santiago Bernabeu po raz pierwszy od listopada 2015 roku
  •  FC Barcelona wykonała w meczu 214 skoków pressigowych przy 185 Realu Madryt. Sam Pedri zaliczył ich 44 – więcej niż Kroos, Modrić i Fede Valverde razem wzięci

Naturalnie, większość tych statystyk odnosi się do niedzielnego El Clasico, jednak pokazują one dobitnie jak wspaniałą pracę wykonuje Xavi. Jak z poczwarki Blaugrana przemienia się w motyla, który w przyszłym sezonie będzie majestatycznie latać. I będzie zachwycać unikalnością swoich barw i wzorów. Jak każdy proces w naturze – potrzebuje na to czasu i odpowiedniej opieki. Wierzę w to ja – miłośnik hiszpańskiego futbolu. Bez zaciętej rywalizacji Realu z Barcą traci on swój koloryt. Klub od kilku miesięcy znów rozkwita, a widać to nie tylko po wynikach meczów, wszak te mogą zakłamywać rzeczywistość. (skutecznie robią to w Ligue 1 z Paris-Saint Germain). Pokazuje to zaangażowanie piłkarzy Dumy Katalonii i przede wszystkim sposób ich gry.

Perfekcjonizm pożądany w Barcelonie

W osobie Xaviego imponuje mi przede wszystkim jego mentalność. Hiszpan wiele wymaga od swoich zawodników, a wzorem nowoczesnej myśli szkoleniowej, mnóstwo czasu poświęca na analizy video. Drażnią go proste błędy piłkarzy, nawet gdy mecz jest już pod kontrolą. Kiedy Barca prowadziła z Realem Madryt już 4:0, wybuchnął złością, bo jego podopieczni stracili piłkę w newralgicznej strefie boiska. Perfekcjonista przesiąknięty DNA Barcy, który podąża jednak za aktualnymi trendami. Zaczął od podstaw – praca nad pressingiem po utracie piłki i większą agresją w grze. Na wyniki długo nie trzeba było czekać. Co ciekawe, Barca w erze Xaviego fauluje na połowie rywala najczęściej ze wszystkich drużyn La Liga. 

Klub potrzebował bardzo człowieka, który poza umiejętnościami taktycznymi będzie swoją postawą wzorowo reprezentował klub. Lepszego kandydata znaleźć się nie dało. A Ronald Koeman niech dalej płacze w wywiadach. Swoją szansę miał. Niech da teraz błyszczeć innym. 

Komentarze